|
*...czyli o tym i owym, o czym piszę, gdy Wen na mnie poleci... o filmach, o życiu, podróżach, o pierdołach, bo, że Życie jest piękne . *
piątek, 29 stycznia 2010
Lektor w filmach...
Mówię:
I tyle w temacie. Lektor jest fuj i nie zawsze tłumaczy wszytsko dokładnie tak jak napisy. Nie można przy nim posłuchać innych języków niż polski i rozkoszować się ich brzmieniem. Jedyny lektor jaki akceptuje to pani Krystyna Czubówna. Swoją pracę wykonuje świetnie. Blog...
Znowu mam problema... Z tą anonimowością na blogu... Chyba za mocno przesadzam :) Cały czas myślę, co będzie gdy ktoś mnie powiąże w realu z blogiem... Kit tam znajomi, osoby, które znam. Ale cała reszta... Oj sama już nie wiem :D
czwartek, 28 stycznia 2010
środa, 27 stycznia 2010
Żyję :)
... tylko nic mi się nie chce :D
Nic, nic a nic :) I jeszcze wyjście Audio w kompie padło, a jak tak kocham słuchać muzykę. Oczywiście będę walczyć z tym problemem, ale jutro, kiedy mi się coś zachcę :) Muszę przenieść się na wtyczkę w przednim panelu. Ale komputer jej nie widzi, normalnie tak jakby jej nie było. A ten cały panel Asus reaguje na zmiane w ustawieniach przy właczaniu kompa...
A z kompletnie innej beczki, to jakiś czas temu obiło mi się o uszy, że na Ukrainie były wybory prezydenckie (tak obiło mi się o uszy, bo polityki już od dawna nie śledze, a kiedyś sprawdzenie wiadomości na telegazecie to był mój odruch po zawitaniu do domu). Obiło mi się o uszy też, że kandydowała Julia Tymoszenko. No i wpisałam babkę do Wikipedii. Ale nie w celu zapoznania się z jej poglądami politycznymi i innymi tego typu informacjami tylko chciałam zobaczyć czy ma jakiegoś tam męzusia i ewentualne potomstwo :) To jest moje natręctwo, sprawdzam to w przypadku każdego aktora, polityka, czy jakiejkolwiek inne osoby, którą namierzam w Wiki bądź na Filwebie. Nie wiem dlaczego, taki świr chyba... Na polskiej Wiki info znalazłam, porównuję angielską Wiki i znalazłam jeszcze coś :)
A już myślałam, że owa pani fryzury nie zmienia. Zonk. I kurcze lepiej jej w rozpuszczonych :) No ładniej tu wygląda niż w swoim warkoczu... Nie da się ukryć :) :D
wtorek, 22 grudnia 2009
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Prezenty kupione :)
Prezenty kupiłam, wydałam 100zł, co dla mnie jest rekordową sumą... Jak byłam mała to potrafiłam całą rodzinkę za 10-20zł zaliczyć, ale teraz to chyba nie wypada :D Zresztą chciałam "zaszaleć" :) Jako, że zawsze prezenty praktyczne w moim domu były mile widziane, tak się starałam aby takie też były tym razem. Przedstawiam zatem: Mama - prześcieradło na gumkę, bo zawsze jej ucieka, teraz już nie da rady :) Plus takie cienkie skarpetki jak rajstopy, mama je nosi często, mój pies je często tarmosi w pysku, w skutek czego jest to towar deficytowy. Zapas na pół roku :D Babcia - babonek mój kocha kwiatki, więc prezent niepraktyczny, lecz miły dla serca. Kwiatek pierwszy-lepszy-ładniejszy, niebędący gwiazdą betlejemską lub fiołkiem. Plus doniczka jak mini wiaderko w kwiatki :) No i do tego książka o roślinach doniczkowych, ale ją zaaranżowałam wcześniej :) Biorąc pod uwagę, że na Wielkanoc kupiłam babci ukorzeniacz... Dziadek - haczyki na ryby... Nie jestem pewna co do średnicy żyłki... (powiązane już haczyki) Kiedyś znałam parametry na pamięć, niestety dawno nie byłam z dziadkiem na rybach... Głównie dlatego, że nie chciało mi się w wakacje wstawać o 4:00 i wyruszać na łowy... płoteczek... płotuniek... płoteczuniek... okoneczków... linkusiów... Chyba to miała być żyłka 0,16, kupiłam 0,14, ale wątpię czy te "bestie" to zerwą... :D Tata - tata jest taki, że mogę kupić byle co i będzie git :) Kupiłam coś do czytania... O polityce... Oczywiście te skapeteńki dla mamy wrzucę w duuuży karton, czymś obciążę, albo włożę gazety i całość zastawi pół choinki :) Dziadkowi bym zrobiła tak samo, ale za dużo nerwów kosztowałoby go odpakowywanie... Babci kwiatek... Zapakuję w papier i opatrzę instrukcją obsługi "Łapać od dołu. Ostrożnie." Babonek ma dodatkowo urodziny 23.12 :D To opcja doniczka i kwiatek osobno... Eee razem :) To tyle :) Pozdrawiam :)
sobota, 12 grudnia 2009
Matki Boskiej Pieniężnej vol 1
Dostałam wypłatencję niedawno... Mą pierwszą, za 9 dni pracy. Jakiś czas temu zastanawiałam się, co kupię sobie za pierwszą kasę: - prawko na motor (nie stać mnie jeszcze); - ciuchy (stać, ale nie lubię tego kupować, boli mnie głowa przy tym); - głośniki na kompa (dostałam od mojej kumpeli); - NIC NIE KUPIĆ - OSZCZĘDZAĆ (ale jakiś prezent warto sobie zrobić); Obecnie myślę sobie: - gofrownica (gościarka w pracy miała tosty, a ja bym chciała jak już wydać kasę to na gofrownicę i ewentualnie wrzucić w nią kanapki - jest opcja tez 3w1, ale drogo dla mnie); - słuchawki do kompa ( z mikrofonem by się przydały, mogłabym wtedy stroić gitarę na kompie no i Skype otwiera się przede mną otworem); - aparat cyfrowy (najnowszy pomysł, mogę kupić pierwszy lepszy, albo pierwszy lepszy z górnej półki tylko trochę poczekać. W myśl zasady, że lepiej kupić coś lepszego, które ma służyć na lata, niż badziew na już. Biorąc pod uwagę, jak szybko elektronika idzie do przodu...) - książki do matury (zawsze przydatne, ale na samą myśl o nich mam gęsią skórkę); - stroik do gitary (moja gra ogranicza się do chwytów a A e E e7 E7 plu ewentualnie D d co w praktyce przekłada się na całą piosenkę "Ukraina" lub "Hej sokoły", "Gdybym miał gitarę" z przerwą na d i "Dzieci", ale też kulejąco. Wniosek: za wcześnie na taką inwestycję.) - książka (jest jedna książka, która na tyle mi się spodobała, że mam ją w domu. Teraz drugą spotkał ten zaszczyt, ale prędzej wypożyczę ją z biblioteki na wieczne oddanie...) Więc nie wiem co zrobić :) Pewnie skończy się na tym, że kupię prezenty na gwiazdkę (inwestycja się zwróci, bo od paru lat mój gwiazdor idzie na łatwiznę i wrzuca do słodkości mini poczecik królów polskich) Pozdro
piątek, 11 grudnia 2009
A po pracy...
... zmęczona jestem...
I niniejszym odkryłam Amerykę i idę na "nicnierobienie"...
Mogłoby mi się chcieć, ale mi się nic nie chce... Perspektywa weekendu jest kusząca i pewnie dlatego na pysio nie padam, mimo wszystko oddalam się do Kraju Leżącego Byka...
wtorek, 08 grudnia 2009
Anonimowość w necie :)
Tytułem wyjaśnienia :) Miałam napisaś notkę, ale nastała mini Apokalipsa dla mnie ( o której pisać nie chce mi się jak diabli) dlatego notki niet. Jkaby co "Nastała już nowa Ziemia", a czy "Nowe Niebo" zobaczymy :) Napisałam za to notke inną, która mam, a którą nie opublikowałam. Dlaczego? Otóż dlatego, że cały czas nie wiem jaki ustawić poziom anonimowości w necie, na blogu. Czy obrać opcję "Kompletna otwartość", w którą wlicza się m.in. publikacja zdjęć mych bez zamazań, wycinków itd np. z podróży? Czy otwartość, ale zamazana? Czy brak otwartości, czyli zamazanie totalne, że tak się wyrażę? Zdaję sobie sprawę, że do namierzenia mnie z imienia i nazwiska, to nawet nie potrzeba hakera - wystarczy Google :) Więc droga od Jociska do J. jest bardzo krótka. Innymi słowy anonimowość to tylko to taka przykrywa na garnku - wystarczy zdjać :) Generalnie tematy "rozprawkowe" mogę podpisać imieniem mym i nazwiskiem też, bo one nie wytykają nikogo, np temat o aborcji, czy zwykłe gadanie o D. Maryni. Ale jak chcę napisać, że pani w mięsnym mnie wkurzyła lub ktoś tam gdzieś wg mnie zachował się jak menda, to już tak łatwo to nie przyjdzie przez "Publikuj". A w życiu ktoś kiedyś zawsze nadepnie mi na odcisk i skoro mnie to nurtuje dlaczego nie mam o tym napisać? Tylko kurcze nie chciałabym, aby ktoś mnie namierzył i mi zarzucił, że piszę coś o kimś źle. Z drugiej strony też nie osądzałabym nikogo od czci i wiary, jedynie może zdania w stylu "Pani w mięsnym, zirytowała mnie twierdząc, że szynka jest dzisiejsza, tylko troszkę ma szklisty osadek, lekko zielonkawy" lub "Gostek w tramwaju zachował się jak istne chamidło"... W sumie to jestem Wagą, no kurcze waham się i waham :)
niedziela, 29 listopada 2009
Ból zęba...
Ostatnio napisałam, iż ząb mnie bolał, ale lekarz zębisty kompletnie mi się nie spodobał i wziązku z czym nie podjęłam z nim współpracy. Osobiście uważam, że idąc do lekarza, zwłaszcza prywatnie, to nasza relacja jest na zasadzie klient- konsument - "Płacę, więc wymagam. "Klient nasz pan." więc zainterowanie, tym który ma u ciebie zostawić kase mile wskazane. Panu dentyście dałam kosza na jego własne życzenie i pojechałam do domu. Ale w nocy... Ale w teorii ból zęba jest piękny... Nie wiem dokładnie jak działa, ale na pewno jak każde biologiczne działanie jest piękny. Jakieś substancje reagują na mój ząb, co nerw przekazuje mózgowi, a ten interpretuje to jako "beee" i mówi, że mnie boli. Co ciekawe to mózg decyduje o tym, że ten bodziec to ból, równie dobrze, gdyby ktoś mi "wmówił", że to przyjemność tak też bym zaczęła to odczuwać, gdyż mój mózg by tak stwierdził. Nad ranem w godzinach, które stały się przyzwoitsze pojechałam z mamą na poszukiwanie dentysty. Godzina przyzwoita to tak koło 8:30. Dentyste znalazłam, ale był wolny dopiero koło 11. Poszłam wręcz z mamą do fryzjera(!). Nigdy nie umiem powiedzieć, jak chcę być obcięta, tym bardziej w takim stanie - wyszło nie tak źle w sumie, ale cały czas piłam wodę. Gdy wyszłyśmy od rzeźnika (nie lubię fryzjera - mam lęk przed nożyczkami blisko oczu) godzina ulgi była już całkiem blisko. Przed wejściem do gabinetu musiałam wypełnić ankietę dotyczącą mojego zdrowia. Ankieta gorsza niż ta przy oddawaniu krwi. Były pytania o różnorakie choroby, ale i też takie w stylu "Czy boję się denstysty?" lub "Czy miałam kiedykolwiek złe doświadczenia w leczeniu zębów"? Dentysty się nie boję, nawet lubię mieć leczone ząbki. Lubię ten zapach gabinetu :) Przy drugim pytaniu zaznaczyłam "TAK" pomyślałam, że jak zaznaczę "TAK" to się trochę bardziej denstysta postara, abym wyszła na pewno z dobrymi wspomnieniami i z nimi też kiedyś powróciła w te zaszczytne progi. Wrócę tak czy siak - leczenie kanałowe i to na początku, potem będzie tylko ciekawiej - implant. Drożej też będzie :) Narazie zostawiłam stówkę... Stomatolog był spoko, odpowiadał na pytania przeze mnie zadane, nawet trochę zbyt dobitnie, jakby chciał mieć pewność, że taka debilna istota jak ja zrozumie co do niej się mówi. Byłam w każdym razie zaskoczona pozytywnie... Dostałam znieczulenie nawet 2x i po wyjściu z gabinetu miałam śmiechówkę, bo uśmiechałam się niesymetrycznie. Prawa strona unosiła się do góry jak należy, lewa mimo mojej szczerej chęci pozostawała z miejscu. Naprawdę śmiechowo to wyglądało. Gorzej z żarełkiem, mogłam przełykać tylko prawą stroną, na niej też tylko czułam smak. Dość dziwne uczucie. |
Zakładki:
|